Pojawili się na rynku polskiego designu równo dziesięć lat temu i już od pierwszych chwil nieźle na nim namieszali. Zaimponowali wielbicielom vintage i kolekcjonerskich perełek swoim dojrzałym podejściem do estetyki, starannym doborem sprzedawanych przedmiotów i budowaniem aktywnej, wiernej i oddanej społeczności. Właśnie ta społeczność czekała na nich z cierpliwością od 2022 roku, kiedy to zawiesili swoją działalność. Teraz wracają - wypoczęci, silniejsi, z nową energią.
Od czegóż innego moglibyśmy zacząć - jakie to uczucie być z powrotem?
Kiedy zbliżała się premiera kolejnego sezonu House of Cards całe miasto było obwieszone plakatami z Kevinem Spacey i napisem "boję się bardziej niż się cieszę" - to ja zdecydowanie bardziej cieszę się niż się boję (śmiech). Czuję się jakbym wsiadł na stary, dobry, wysłużony rower, którym dawno nie jeździłem.
Ludzie bardzo na Was czekali.
Oj tak, przyznam szczerze, że jednym z powodów, dla których podjęliśmy decyzję o reaktywacji były ciągłe zapytania, wołania i opinie krążące na tak zwanym mieście. Ale to, jaka fala miłości się rozlała, kiedy ogłosiliśmy, że wracamy… Powiem tak - przez ostatnie trzy lata ubyło nam trochę obserwujących w social mediach, ale już w pierwszy miesiąc po ogłoszeniu powrotu odrobiliśmy to z nawiązką. Co ciekawe - absolutny rekord sprzedaży wszech czasów, którego nie przyniosły nam nigdy żadne czarne piątki, święta czy cokolwiek innego, pobity został właśnie w ostatnie dni działania Yestersena, w 2022 roku, tuż przed zawieszeniem.
Widać było, że ludziom na nas zależało i zależy do dzisiaj. Czujemy to bardzo mocno i jesteśmy za to wdzięczni. Mamy co robić i wzięliśmy się za pracę ze zdwojoną siłą, choć nasza ekipa jest teraz znacznie mniejsza.
Te ostatnie 10 lat było naprawdę pełne zmian - i globalnych, i na rynku designu i w waszym yestersenowym świecie. Czego was nauczyła ta przerwa? Co pozwoliła dostrzec z dystansu?
Kiedy 10 lat temu wchodziliśmy na rynek, trafiliśmy na moment tuż przed szczytem fascynacji stylem mid century. Nagle okazało się, że antyki w powszechnej opinii są "dziadowskie", a ludzie nie chcą ich mieć w mieszkaniach. Wszystko wtedy miało kolory brązów i rudości, no, ewentualnie fotel mógł być w matowym turkusie. Tyle. Organiczne formy rządziły, a każdy chciał mieć w swoim salonie teakowy sideboard [długi, niski kredens wykonany z egzotycznego, azjatyckiego drewna, symbol stylu mid-century, przyp. red.]
Teraz rynek wnętrzarski jest znacznie bardziej kolorowy i zróżnicowany - wiele widzę powodów tego stanu rzeczy. Po pierwsze - cała dekada to różnica czasowa około połowy pokolenia, to naprawdę dużo. Ten bumerang trendów wylatuje z jednych rąk w przeszłości, a wraca do drugich - już w przyszłości. To często właśnie różnica takiego około dziesięcioletniego wektora. Po drugie - mody zmieniają się znacznie szybciej dzisiaj niż dekadę temu. Mamy przecież sztuczną inteligencję, która sprawiła, że tempo rozwoju w świecie wzornictwa i projektowania graficznego stało się naprawdę zawrotne. Jeszcze szybciej i jeszcze chaotycznej sięgamy do tego, co było i w efekcie mamy już wtedy absolutny melanż styli. Staramy się odwzorować tę zmianę w świecie nowego Yestersena - mamy w ofercie znacznie więcej niż poprzednio postmodernizmu, projektów stworzonych od lat 2000., a także twórców współczesnych.
Czyli to postmodernizm jest obecnie polskiemu sercu najbliższy?
Zdecydowanie tak. I podaż, i popyt są tutaj ogromne, a ceny lepsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nie był on kiedyś aż tak doceniany jak dziś. Przykładem jest tutaj chociażby ta archetypowa sofa skórzana - rozkładana, wielofunkcyjna, trochę wysiedziana, ale nadal pełna uroku. Co ciekawe - wielkim powodzeniem cieszą się też niezmiennie od lat fotele i sofy TOGO, ale na przykład o tych sideboardach, o które ludzie się dosłownie "zabijali" przed dziesięcioma laty, już mniej osób pamięta. W najnowszych realizacjach pojawia znacznie więcej przedmiotów, w których to forma góruje nad treścią.
A jaki "bumerang" przyleci do Polski niedługo? Czym w przyszłości będziemy tak zafascynowani, jak kiedyś mid century, a dziś postmodernizmem?
Byłbym arogancki, gdybym powiedział, że wiem… Ale mam pewne przypuszczenia, staram się patrzeć szerzej i analizować dane - takie jak wykresy przedstawiające, jak zmieniały się przez dekady najczęściej wybierane kolory samochodów. Nad drewnem góruje stal i materiały syntetyczne, które zazwyczaj są czarne, szare i stonowane. Może się okazać, że jako następny przyjdzie do nas po prostu monochrom - albo wręcz przeciwnie - kolorowy bunt przeciw monochromowi (śmiech).
Monochrom jak w filmach science-fiction albo Cyberpunku 2077? Czy myślisz, że zdominują nas projekty autorstwa sztucznej inteligencji? Aż mnie wzdryga na myśl o tak ponurym świecie.
Wtedy postmodernizm czy pop-art byłyby zamknięte do wąskiej, określonej grupy działającej w kontrze do dominującego trendu. Widzę to już po projektach - idziemy coraz mocniej w grafity i szarości, bardzo spokojne tony. Ale proszę nie panikować - jestem pewien, że te najbardziej szalone, irracjonalne i LUDZKIE połączenia będą nas mocno odróżniały od AI. Skoro czytelnicy już dzisiaj są w stanie intuicyjnie odróżniać teksty pisane przez chat GPT i przez człowieka, to w przyszłości będziemy na tym punkcie jeszcze bardziej wyczuleni. Obiecuję, że w segmencie Yestersena tego koloru i kreatywności nie zabraknie przez bardzo długi czas (śmiech).
Czuję się uspokojona! Wróćmy w takim razie do barwnej teraźniejszości - zauważyłam, że obecnie bardzo koncentrujecie się też na naszych rodzimych twórcach.
Kiedy spojrzy się na zagraniczne platformy poświęcone designowi z Włoch czy z Francji, to na stronach głównych naprawdę wysoko znajdziemy zakładki "design polski". Tak samo w przewodnikach czy na mediach społecznościowych - nie dalej jak wczoraj na profilu podróżniczym z pół miliona obserwujących czytałem post o ciekawych markach ceramicznych z całego świata. Pierwsze miejsce? Marka z Polski. Można być dumnym. To naprawdę mocny czas dla designu znad Wisły. Nie znoszę tej narracji, ale nie wiem, jak inaczej to powiedzieć - wyszliśmy już z tych "polskich kompleksów", pokazujemy, że mamy to nasze własne rękodzieło już mocno rozwinięte. Ale nie tylko chodzi tu o to, co "wystrugane" czy stworzone przez rzemieślnika w atelier - pojawiają się u nas także wskrzeszenia rodzimego modernizmu masowego, chociażby za sprawą spółki 366 concept, która się w nich specjalizuje.
Czyli nie należy poprawiać czegoś, co działa, a "lepsze jest wrogiem dobrego"?
Niekoniecznie - czasami właśnie warto poprawić. Takiego na przykład kultowego fotela 366 Józefa Chierowskiego nie można było zreaktywować i wyprodukować 1:1 taki jak był, bo od czasu jego pierwszej świetności trochę się ludziom urosło. Trzeba było go powiększyć tak, by pasował do naszych żyć obecnie, a nie sprzed 60 lat. Widzimy wiele takich marek jak 366 Concept - z którymi się błyskawicznie, intuicyjnie identyfikujemy. Są jednocześnie "nasze" i "inne". A Yestersen zawsze był o tym, żeby mieszkać inaczej niż wszyscy, żeby poprzez produkty wyrazić "swojego siebie".
Poprzednio skupialiście się bardziej na wprowadzaniu na polski rynek klasyków zza granicy?
W świecie vintage i antyków mieliśmy już "koronę", ale jeśli chodziło o wzornictwo współczesne zdarzało nam się przecierać szlaki. Szczególnie patrzyliśmy wtedy na północ, w stronę Danii. Sprowadzaliśmy do Polski dziś już znane (a wtedy jeszcze nie tak bardzo) marki korzystające z historycznych wzorów, np. HAY, Verpan czy Warm Nordic. Dziś po latach widzimy już pewne nasycenie tym stylem. Spójrzmy chociażby na lampki grzybki Pantona…
Lampki grzybki?! Te same, co teraz są w każdym sklepie i na każdym story na Instagramie?
Dokładnie te (śmiech). Kiedyś były artykułem premium, dziś są już naprawdę wszędzie, dosłownie pod każdym drzewem. Taki jest cykl życia designu, zupełnie naturalny proces. Osobiście życzę każdemu krajowi i każdej społeczności, żeby lampa PH 5 weszła do mainstreamu. Z jednej strony to bardzo dobrze świadczy o tym, jak mieszkamy, z drugiej - wiele marek ma dzisiaj ogromny problem z internetowymi platformami pełnymi tanich podróbek.
To prawda, ich algorytmy są zatrważająco skuteczne. Mają z nimi problem nawet bardzo niszowi twórcy rękodzieła czy grafik. Nie mają jak się przed takim gigantem ochronić.
Dokładnie, ukradzione wzory dosłownie zalewają rynek ze wszystkich stron. Oczywiście jak już zamówiona paczka przyjdzie i się weźmie przedmiot do ręki to od razu poczujemy różnicę, ale na zdjęciach będzie wyglądał bardzo podobnie do oryginału. No i cena też jest niezwykle kusząca, nie oszukujmy się. W związku z tymi zmianami czujemy z moim wspólnikiem [Maciejem Cyprykiem, przyp. red.], że dzisiejszy odbiorca Yestersena chce mieć coś, co naprawdę go lub ją WYRAŻA. Nie coś, co jest kolejnym trendem na Instagramie czy TikToku, który zniknie szybciej, niż zdąży się odebrać paczkę. Vintage i antyki stawiają przeogromny odpór takim szkodliwym zjawiskom - ich się po prostu się nie opłaca podrobić. Co więcej - także ich zaletą jest cena, często znacznie przystępniejsza niż w przypadku współczesnych odpowiedników.
Na czym obecnie wasz katalog jest oparty najbardziej? Jakie perełki można w nim znaleźć?
Przede wszystkim jest z czego wybierać, bo pierwszego dnia po "wskrzeszeniu" mieliśmy już około 3,5 tys. produktów i kilka tys. w poczekalni, dziś zaś dostępnych jest ponad 6 tys. I tak to będzie sobie rosło, bo na tydzień staramy się wypuszczać od 500 do 1000 nowości. To zapewni taki trochę efekt Forresta Gumpa - nigdy nie wiesz, co wylosujesz.
A jeśli chodzi o perełki… Moje serce skradł ostatnio STOUEK od polskiej marki Bluba Studio. Wyprodukowano go za pomocą druku 3D i gdy patrzę na jego pofałdowane linie, przywodzi mi na myśl słynny Kanion Antylopy.
Długo byłem wobec tej technologii sceptyczny - myślałem, że to takie "zabawkowe" rzeczy z plastiku, jednak kilka marek przekonało mnie, że nie mógłbym być dalej od prawdy. Na przykład taka lampa No Beige Feelings - jej projektant, Krzysztof Wyżyński łączy druk 3D z autentycznymi kloszami vintage, których szuka po całej Europie. Każde z jego dzieł wtedy zupełnie niepowtarzalne i powstaje w jednym egzemplarzu.
Chodzi mi też wciąż po głowie produkt z wczoraj - bardzo ciekawy ŁAD-owski parasolnik z lat 40. [ŁAD - artystyczno-rzemieślnicza spółdzielnia pracy z okresu dwudziestolecia międzywojennego, przyp. red.] Można by było w nim trzymać nawet bukiet róż. Na wystawie "Romantyczny brutalizm" w Warszawie [na przełomie kwietnia i maja br. gościła w przestrzeniach Willi Gawrońskich, kuratorka: Federica Sala, przyp. red.] pojawiły się ostatnio charakterystyczne krzesła w kształcie zwierzątek - zaprojektowali je Olgierd Szlekys i Władysław Wincze. Wielką sympatią darzę takie motywy - na naszym parasolniku pojawiła się na przykład głowa żyrafy. Kto zabroni trzymać w nim plakaty czy papiery prezentowe? Podoba mi się pomysł wykorzystywania takich produktów na zupełnie inne sposoby niż te przewidziane przez projektanta. Weźmy sobie chociażby te słynne kryształowe popielnice - kiedyś obecne w każdym mieszkaniu, dziś mało kto pali w pomieszczeniach…
A na wszelkich targach staroci nadal ich pełno.
Tak! Mogą posłużyć za paterę na biżuterię, pojemniki na resztę w sklepach czy podstawki pod świeczki i kadzidła.
Mam wrażenie, że w ogóle percepcja przedmiotów vintage bardzo zmieniła się na przestrzeni ostatnich lat - przecież jeszcze nie tak dawno chodzenie do second-handu było dla wielu osób powodem do wstydu i zmuszała ich do tego sytuacja materialna, dziś zaś szukają tam ciuchów najbardziej stylowe osoby.
To był, jak to się wtedy mówiło, "totalny obciach" kupować w lumpeksie - a ja sam chodziłem z mamą za dzieciaka po tych czechowskich w Lublinie, w którym się wychowywałem i naprawdę zachwycało mnie to, co tam widziałem.
To wtedy narodziła się miłość do designu?
Zadaję sobie to pytanie od ostatnich 10 lat i cały czas odpowiedź się zmienia. Myślę, że wszystko zaczęło się, kiedy mieszkałem we Francji. Po kilku latach mieszkania na kilkunastu metrach dostałem nagle służbowe, ogromne mieszkanie, gdzie do zagospodarowania było ich aż sto. Całkowicie puste sto metrów, którego moja akademicka pensja absolutnie nie pozwalała umeblować. Zacząłem więc jeździć na pchle targi pod Paryżem, te takie uliczne, niezbyt znane, gdzie za rogiem można kupić papier toaletowy i kosmetyki z ciężarówki. To tam się zaczęła moja fascynacja vintagem.
Życzę więc, żeby ta fascynacja nigdy nie ustała.
Nie ustanie - już od pierwszego dnia w Yestersenie czułem całym sobą, że to, co robię, jest tak MOJE, że bardziej się nie da. Wiadomo, że to ciężka praca, na którą poświęciłem wiele lat swojego życia, ale to we mnie wrosło bardzo głęboko. Niczego nie muszę udawać, do niczego nie muszę się zmuszać. Czasami mam wręcz odwrotny problem - wchodzimy do restauracji, a ja od razu zaglądam pod krzesła, żeby zobaczyć, kto jest projektantem… To swego rodzaju skrzywienie zawodowe. (śmiech)



