Wydanie XI
Urban decay (unsplash.com)
Urban decay (unsplash.com)

- Widzicie to? - pyta przewodnik naszego spaceru, wskazując na rozsypaną w drobny mak kostkę brukową na obrzeżach ulicy. Dwudziestoosobową gromadą kłębimy się wokół zapadliska i zastanawiamy się, co się tutaj stało. Jesteśmy na ulicy Grabowej w Lublinie, sam środek osiedla niskich bloków i domków jednorodzinnych. Może wjechał tutaj jakiś ciężki samochód i zniszczył nawierzchnię?

- To deszczówka, która próbuje wyżłobić wąwóz - wyjaśnia przewodnik. - Jesteśmy na Lubelszczyźnie, to tutaj najbardziej naturalne ukształtowanie terenu, do którego cała natura dąży.

Podnoszę oczy i nad niewielkim korytem widzę las, który - dałabym sobie rękę uciąć - wyrósł jak spod ziemi. Nie widziałam go tutaj wcześniej, a jednak jest - i takich miejsc jak on w każdym mieście na całym świecie są tysiące. Nazwa potoczna: chaszcze, urzędowa: nieużytek, aktywistyczno-romantyczna: uroczysko.

 

Science fiction, które dzieje się na naszych oczach

Po rodzącym się wąwozie oprowadza nas dr Jan Kamiński, koordynator projektu "Zielone Sieci", czyli opracowania systemów zieleni dla miast, z Katedry Kształtowania i Projektowania Krajobrazu KUL. Na jego zawodowym koncie jest także przewodnik po miejskich uroczyskach.

Rzeczy nienazwane nie mają wartości. Kiedy nadajemy czemuś imię, staje się w pewien sposób prawdziwe. Te obszary nie "zasługują" na miano rezerwatów, bo rosną w nich głównie rośliny pospolite, a niekiedy również gatunki inwazyjne - a jednocześnie przecież funkcjonują w świadomości mieszkańców, w tkance osiedla. Zdecydowaliśmy się na słowo "uroczyska" sugerujące pewną skrywaną we wnętrzu tajemnicę.

Rzeczywiście, tajemnic jest tam sporo, jednak by je zrozumieć, najpierw trzeba zawędrować nieco głębiej w terminologię - bo, jak już ustalono, słowa są w tej historii kluczowe. Uroczyska to przykład tak zwanej "czwartej przyrody". Pierwsza to ta dzika, nietknięta ludzką ręką (najczęściej objęta ochroną rezerwatową, jak np. Las Bielański w Warszawie i Stary Gaj w Lublinie), druga - ta przekształcona przez człowieka (np. pola uprawne, sady owocowe). Trzecią stanowią ściśle i sztywno w porównaniu ze zwykłym lasem zaprojektowane parki i ogrody, czwarta natomiast obejmuje wszystko, co po sobie pozostawiliśmy. Zarośnięte do wysokości siatki opuszczone działki budowlane, niedziałająca fabryka, przez której potrzaskany sufit wlatują ptaki, a podłoga pokrywa się w pęknięciach trawą, porzucona hałda poprzemysłowa, na której nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się mały lasek. Wiele osób czuje pociąg do takich miejsc i specjalnie wyrusza na wyprawy, by podziwiać je bez zakłócania procesu "rozpadu" (ang. urban decay).

Fragment rodzącego się wąwozu przy Czeremchowej w Lublinie. (fot. Anna Chlebus) , (fot. Anna Chlebus) , (fot. Anna Chlebus)

Koncepcja ta porusza nie tylko architektów krajobrazu, lecz także artystów tworzących w nurcie science fiction - z zafascynowania właśnie taką estetyką wywodzą się takie nurty jak biophilic brutalism i ecobrutalism. Choć to jeden z ciekawszych nowoczesnych kierunków we wnętrzarstwie i architekturze, niewiele osób o nim słyszało. Prawdopodobnie niedługo się to zmieni, bo zatacza w internecie coraz szersze, viralowe kręgi. Sam brutalizm znany jest w Polsce bardzo dobrze - szczególnie zaznaczył swoją obecność w latach 50-70. ubiegłego wieku. Chodziło o stworzenie budynków surowych, bez ozdób, przede wszystkim funkcjonalnych i wpisujących się we wzniosłe idee i plany urbanistów. Biophilia zaś jako trend w projektowaniu pojawiła się dopiero w latach 80., a jej rozwój podbijały mocno badania nad zbawiennym wpływem natury na zdrowie psychiczne (do dziś takie miejsca jak pijalnia wód w Krynicy Górskiej cieszą się turystycznym zainteresowaniem).

W postapokaliptycznych dziełach science fiction pojawia się także często wizja miast przyszłości, gdzie roślinność przejmuje całe miasta, porastając ruiny i budując na nich nowe życie. Taki scenariusz pojawia się np. w grze komputerowej "Horizon Zero Dawn", w której główna bohaterka orientuje się, że świat, w którym żyje jej plemię, już raz był zamieszkany przez niezwykle zaawansowaną cywilizację, na której pozostałości wciąż się natykają. Ten nurt SF nazywa się właśnie ekobrutalizmem - w tym scenariuszu natura odnosi miażdżące zwycięstwo nad technologią, która dosłownie pożarła własnych stwórców, wrasta w nią i zakrywa jej pozostałości.

Kadr z gry 'Horizon Zero Dawn' (źródło: Guerrilla Games) , (źródło: Guerrilla Games)

Ciekawą, znacznie bardziej optymistyczną wersją przyszłości przedstawia solarpunk - nurt estetyczny i ideowy, który wyobraża sobie przyszłość jako opartą na harmonii między człowiekiem, technologią i naturą. W przeciwieństwie do dystopijnych wizji skupia się na optymizmie i rozwiązaniu obecnie palących problemów ekologicznych (np. zmiany klimatu i nadmierna urbanizacja). Choć nie jest to najbardziej popularny z nurtów SF, można znaleźć go w niektórych filmach i grach - np. w "Terra Nil", gdzie twórcy odwracają typowy schemat budowy miast, bo zamiast tworzyć osady, gracz rekultywuje zdegradowane środowisko naturalne, przywracając mu życie i równowagę ekologiczną.

Kadry z gry 'Terra Nil' (źródło: devolverdigital.com)

Czwarta natura wchodzi na scenę, kiedy tylko odwracasz wzrok

Patrząc przez ten pryzmat, bardzo łatwo wyłuskać konkretne adresy takich uroczysk - miasta na całym świecie mają ich setki, a każde z nich udowadnia, że nieujarzmiona natura nigdy nie zniknęła, ba!, ona tylko czeka na to, aż choć na chwilę odwrócimy wzrok i przestaniemy jej przeszkadzać - a wtedy już sama zrobi swoje. Jak mówi dr Kamiński, który poświęcił jej swoje zawodowe życie, gdyby dać temu "rodzącemu się" korytu w lasku przy Czeremchowej jakieś 10 tysięcy lat, powstałby tutaj potężny wąwóz. Ale najpewniej zaraz ktoś tu przyjedzie, żeby te kostki naprawić, a potem narzekać po kolejnym deszczu, że znowu są w rozsypce. To jakby wciąż stawiać na pochyłym stole szklankę i dziwić się, że za każdym razem spada.

To jest czysta bioróżnorodność, znacznie większa niż w ściśle kontrolowanych parkach. Takie tereny są bardzo cenione na zachodzie, bo mają ich już po prostu mało - w Niemczech, szczególnie Berlinie i Hamburgu, to wręcz dźwignia marketingowa, te miasta się nimi reklamują.

Jednym z najsłynniejszych przykładów takiego podejścia jest Singapur. Choć to ośrodek ekstremalnie zurbanizowany, samo jego ścisłe centrum zostało oddane dzikiej przyrodzie. To prawie trzy tysiące hektarów:

Central Catchment Nature Reserve w Singapurze (wikimedia commons) , (wikimedia commons)

Central Catchment Nature Reserve zapewnia wprost idealny dostęp do wody - w takim miejscach można niezwykle efektywnie łapać ją w zbiorniki retencyjne. Niektóre z takich obszarów łączą się ze sobą mostami przeprowadzonymi np. ponad autostradą - wizualnie trochę podobnymi do naszych zielonych mostów.

W Polsce najwięcej jest obecnie rezerwatów przyrody, ale te półnaturalne tereny zaczynają być doceniane - wzorem do naśladowania są tutaj Łąki Nowohuckie i Zakrzówek w Krakowie. To nie jest nowy temat - w Warszawie na przykład takie zalesione obszary skupywał jeszcze przed wojną Starzyński. Wszystko po to, by je ochronić. Bo to tak naprawdę nie chodzi o to, jak one wyglądają. Chodzi o to, żeby one BYŁY, żeby nie znikały.

Pszczoła na deskorolce, instalacja z leśnego chrustu. Mieszkańcy walczą o swój leśny dom

Nieraz takie półdzikie chaszcze, krzaki wzbudzają w ludziach frustrację - trudno się dziwić, bo wizualnie sprawiają wrażenie pewnego zaniedbania dzielnicy. Nie wszyscy mieszkańcy jednak są im przeciwni - zdają sobie sprawę z tego, że lista korzyści wynikających z sąsiadowania z uroczyskiem wydaje się nie mieć końca. Podczas spaceru przechodzimy obok instalacji artystycznej Stanisława Kamińskiego, lubelskiego artysty realizującego doktorat "Zarastanie jako proces twórczy" w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych i Sztuki UMCS, a także brata Jana. Pracując nad tą rzeźbą, używał on wyłącznie kawałków drzew zebranych w pobliskim lasku.

To drewno ma swoje niezaprzeczalne walory, ale i niedoskonałości: mech, pęknięcia, grzyby. Z mojej perspektywy to są wartości malarskie. Oplatają je pnącza, im bliżej lata, tym mocniej będą się zielenić, a w pniach już pojawiają się rodzime, dzikie zapylacze, dla których to idealne miejsce do zamieszkania - mówi artysta.

To część protestu mieszkańców przeciwko planom wybudowania dwupasmówki przechodzącej przez sam środek uroczyska i całą masę działek mieszkalnych po drodze. 

To będzie wymagać ogromnych pieniędzy i równie wielkich zniszczeń, tak naprawdę zabicia tego miejsca - przy ruchliwej drodze to bogactwo przyrodnicze nie będzie miało szansy przetrwać. To byłaby prawdziwa katastrofa również dla nas, mieszkańców - to miejsce gwarantuje nam teraz mniej hałasu i pyłów. Z roku na rok temperatura jest wyższa, widmo pożarów zbliża się coraz bardziej - właśnie takie miejsca będą nas przed tym chronić, bo są na nie znacznie odporniejsze niż parki. Podejście do nich z szacunkiem pozwoli nam być naraz i w mieście, i blisko natury.

To niejedyny sposób na walkę o zieleń miejską, która toczy się od lat. Choć najbardziej medialne są doniesienia o ludziach przywiązujących się do drzew albo przyklejających do asfaltu, ta wojna podjazdowa toczy się na wielu frontach - często znacznie mniej dramatycznych w wyrazie, ale o wymiernym efekcie. W mediach społecznościowych na przykład pojawił się trend półlegalnego rozsiewania mieszanek kwiatowych wszędzie, gdzie się tylko da. Lotne (sic!) brygady z całego świata prześcigają się w pomysłach, jak robić to skutecznie i na tyle szybko, by nikt ich przed tym nie powstrzymał - najczęściej poruszają się na rolkach, wrotkach lub deskorolce, czasami są nawet przebrani za pszczoły. Trend ten rozpoczął działający w San Francisco twórca o pseudonimie Mr Bloom:

Po kilku tygodniach z dumą wrzucają na swoje media społecznościowe efekty - sucha, spękana, wydeptana ziemia między chodnikiem a ulicą zmienia się w pachnącą łąkę. W tym przypadku jednak to, co stanie się z kwitnącymi efektami ich działalności, zależy od polityki miasta. W Polsce najczęściej znikają one pod kosiarką pracowników zajmujących się utrzymaniem zieleni miejskiej - bo wszystko ma być równiutkie i od linijki, żeby było schludnie, a w tabelce w Excelu pojawił się zapis "wykonano". Tymczasem, jakby się tak nad tym dobrze zastanowić, jakie znaczenie ma dla kierowców, czy zieleń pomiędzy pasami albo wnętrze ronda jest gładko wykoszone, czy pełne kolorowych kwiatów? Powoli jednak w niektórych miejscach zaczynają się pojawiać obszary niekoszone, wygrodzone i opatrzone odpowiednią tabliczką - może więc coś w tej materii wkrótce się zmieni.

O zieleń miejską walczą także youtuberzy zajmujący się piętnowaniem niebezpiecznych zachowań kierowców - często ich materiały poświęcone są nieprawidłowemu parkowaniu i jeździe wzdłuż po chodniku, która bardzo często ma swój finał właśnie na pasie zieleni, gdzie ludzie z upodobaniem zostawiają swoje samochody. Awantury, które toczą się na ich wideo, trwają nieraz po kilkadziesiąt minut, co dobitnie dowodzi, że temat jest ważny dla obu stron.

Kadr z filmu 'Jak grzyby po deszczu (Giełda - Odc. 2)' z kanału na Youtubie Konfitura (kanał na Youtubie Konfitura)

Pamiętajcie o uroczyskach - przecież stamtąd wyszliście

Kiedy w końcu opuszczam ulicę Czeremchową, nagle dostrzegam, ile stokrotek wcześniej minęłam po drodze. Trudno już patrzeć na miasto w ten sam sposób. Każdy niepozorny skrawek zieleni zaczyna wydawać się częścią większej całości, fragmentem procesu, który trwa niezależnie od naszych planów i inwestycji. Być może za kilka lat miejsca, które odwiedziłam, już nie będzie, uroczysko zniknie bez śladu, a jego brak odczują tylko i aż najbliżsi mieszkańcy.

Może więc to nie chaszcze są problemem, a nasze patrzenie na nie krzywym okiem. Dopóki będziemy traktować miejską zieleń jak element dekoracyjny, który trzeba przyciąć, wyrównać i wpisać w harmonogram prac, dopóty będziemy przegrywać z rzeczywistością, która nie działa - i nigdy nie będzie działała - według naszych zasad. Uroczyska są niewygodne, bo wymykają się spod kontroli i nie pasują do wizualnych standardów... Ale to właśnie one mogą w przyszłości dzierżyć decydujący głos w sprawie o jakość życia w naszych miastach, znacznie bardziej niż kolejne inwestycje. Pytanie tylko, czy zdążymy to zrozumieć, zanim ostatnie z nich znikną pod warstwą betonu - a, jak pisał poeta, "w żar epoki użyczą wam chłodu tylko drzewa, tylko liście".